Syfony Krakowskie to chyba jeden z najciekawszych problemów eksploracyjnych w Tatrach. Ilość wody która stamtąd wypływa, bez względu na porę roku, sugeruje istnienie systemu jaskiniowego znacznie większego niż Wielka Śnieżna teraz. A liczy ona teraz 22km długości. Zapewne odprowadza on wodę gdzieś z południa lub spod Kotła Litworowego. Dostanie się tam być może umożliwiłoby osiągnięcie deniwelacji 1000m w tej jaskini. Pierwsze nurkowania w Syfonach Krakowskich miały miejsce na początku lat 90-tych. Teraz wyraźnie się zintensyfikowały.

  • W drodze do jaskini.
  • Norbert wcina zupkę
  • Odkopywanie otworu
  • Włodek na II Biwaku
  • Przygotowanie do nurkowania
  • Na II Biwaku
  • Norbert na podejściu
  • Włodzimierz Szymanowski pod kamieniem na progu.
  • Włodzimierz Szymanowski pod kamieniem na progu.
  • Wyciąganie śniegu z rury.

15 grudnia 2002, Transport sprzętu do jaskini

Przy okazji wyjazdu na nurkowanie w Dudnicy i zebrania Podkomisji Nurkowania Jaskiniowego z Wiktorem, Michałem Gignalem, Arnoldem i jego dziewczyną udało mi się wnieść cztery ciężkie worki do Śnieżnej, nad Wielką Studnię. Warunki nie były zimowe. Nie było śniegu i pod otwór podeszliśmy letnią drogą. Z bólem muszę stwierdzić że nikomu oprócz mnie nie chciało się nawet podejść do rury, nie mówiąc już o zjeździe lodospadu. Nawet Wiktor Bolek wymiękł. Zwiezienie czterech ciężkich worków zajęło mi prawie dwie godziny.

26-30 grudnia 2002, Transport biwaku i sprzętu nurkowego na II Biwak

Wyjeżdżamy z Wrocławia z Mirkiem o 4-tej rano. Rezygnujemy z korzystania z bazy w Kościelisku i decydujemy się wchodzić do jaskini od razu, prosto z samochodu. Norberta i Pszczółka jeszcze nie ma, mają przyjechać dzień później. Większość sprzętu biwakowego mamy ze sobą, dobieramy jeszcze dwa dodatkowe wory. Chłopakom na bazie u Sobczyka zostawiamy do wniesienia cztery butle czterolitrowe już zapakowane do worków.

Podejście pod otwór, pomimo braku śniegu, idzie nam wolno. Po prostu, mimo wszystko, jesteśmy zmęczeni wielogodzinną jazdą samochodem z Wrocławia do Zakopca. W końcu po czterech godzinach podejścia jesteśmy w jaskini. W dziurze też nie idzie nam za szybko. W sumie we dwójkę mamy do zaniesienia 6 worków ze sprzętem biwakowo-nurkowym. Ostatecznie, po wstępnej przymiarce, decydujemy się pozostawić dwa worki ze sprzętem nad Wielką Studnią przypięte do liny i dalej iść tylko z czterema.

Idzie nam bardzo wolno. Widać to szczególnie po Mirku. W końcu decydujemy się zrobić dodatkowy postój na trawersach przed Suchym Biwakiem. Za karę Mirek dostaje do zjedzenia tabliczkę czekolady. Na II Biwak leżący na głębokości 470m dochodzimy po 9 godzinach od wejścia do jaskini - trzy razy dłużej niż normalnie. Przez kolejne kilka godzin rozkładamy biwak który będzie stanowił bazę dla naszej działalności przez następne kilka miesięcy. Coś jeszcze jemy i zmęczeni zwalamy się do śpiworów. Będziemy w nich czekać na Norberta i Andrzeja, którzy mają donieść resztę sprzętu.

W końcu po 18 godzinach czekania, głównie w śpiworach, chłopaki pojawiają się na biwaku. Niestety okazuje się że zamiast sprzętu przynieśli ze sobą śpiwory... Sprzęt nurkowy został porzucony w połowie nad i pod Wielką Studnią. Taka sytuacją wróży nam źle. Cztery osoby i cztery śpiwory. I rzeczywiście po spędzeniu dwóch godzin na rozmowach i gotowaniu znowu udajemy się do śpiworów. Znowu zalegamy w nich na kolejne 10 godzin. Wychodzimy z nich dopiero gdy nie możemy już dłużej w nich wyleżeć. Po sytym śniadanio-obiedzie ruszamy w górę po cztery butle pozostawione na dnie Wielkiej Studni.

Droga w górę zajmuje nam 3 godziny, czyli nasza kondycja wróciła do normy. Zabieramy butle i w dół na biwak. Po drodze zahaczamy o Suchy Biwak gdzie urzęduje grupa Gali ze Speleoklubu Warszawskiego. Po kolejnych trzech godzinach jesteśmy znowu na II Biwaku. Prosto z marszu zanosimy butle za biwak, do syfonów. Po wizji lokalne w tym miejscu decydujemy że zamiast nurkować w suchych kombinezonach lepsze będą zwykłe pianki. W tych partiach jaskini sporo jest wody i ciasnych szczelin stąd pomysł użycia "mokrych" kombinezonów.

Wracamy na biwak. Staramy się tak zorganizować sobie czas by nie wyjść na powierzchnię w środku nocy. Spędzamy go pomiędzy kuchnią a śpiworami. W końcu dochodzimy do wniosku że nie ma sensu dłużej siedzieć w jaskini. Najważniejsze cele zostały zrealizowane i pierwsza akcja nurkowa odbędzie się za tydzień...

Na powierzchni jesteśmy o 5-tej rano.

3-5 stycznia, Wspinaczka za Syfonami Krakowskimi

W tych dniach na biwaku jaskini przebywał Wiktor Bolek z Michałem Gignalem. Pokonali ostatni próg za dwoma syfonami i odkryli Syfon Mysi.

29 stycznia - 3 luty 2003, Budowanie igloo, transport sprzętu na II Biwak

W Zakopanym, na bazie u Galiców pojawiłem się w środę rano. Norbi już na mnie czekał. Od razu ruszyliśmy do Małej Łąki z transportem worów. Już na skraju Wielkiej Polany okazało się że będziemy tam jako pierwsi po dużych opadach śniegu i zapowiada się niezłe torowanie. Co prawda śniegu nie było jeszcze dużo ale wciąż padał a wiatr wiał jak zwykle prosto w oczy. Aktualnie świeżo po wypadku pod Rysami GOPR ogłosił III stopień zagrożenia lawinowego. W miarę jak posuwaliśmy się w głąb doliny warunki stawała się coraz trudniejsze - świeży i głęboki śnieg, silny wiatr dochodzący w porywach do 100kmh i 17 stopni mrozu - warunki wprost wymarzone na górskie wędrówki. Kiedy po sześciu godzinach doszliśmy do progu i zbliżał się zmrok, doszliśmy z Norbim do wniosku, że nie ma sensu się dzisiaj tak męczyć i wrócimy tu następnego dnia.

Następnego dnia wyszliśmy wcześnie rano bo o 8-mej. Wydawać by się mogło że na lekko powinno być dużo szybciej, ale nic z tego. Po naszych wczorajszych śladach nie zostało ani śladu. Wiatr i mróz był taki sam jak poprzedniego dnia, a śniegu było już po uda. Pomimo tego że wory mieliśmy pod progiem, to udało się je przenieść tylko pod kamień nad progiem. Warunki były naprawdę ciężkie. Byliśmy jedyni powyżej górnej granicy lasu. Cały swój wysiłek skupiliśmy w tym dniu na wykopaniu igloo, tak by otwór pozostał drożny do końca zimy i można było planować akcje także w późniejszym terminie. Przy budowie igloo nad niezasypanym na szczęście otworem spędziliśmy czas do wieczora. Późnym wieczorem udajemy się na bazę do Tylków gdzie właśnie pojawiła się grupa Oskara Orzechowskiego z Krzyśkiem Jabłońskim sprężona by pójść na wycieczkę do dna Śnieżnej. Umawiamy się z nimi na następny dzień około południa że podrzucimy im worki ze sprzętem które powinni zdeponować na drugim biwaku.

Rano podrzucamy im worki, oni udają się do dziury a my odpoczywamy po dwóch dniach wytężonej pracy i zbieramy siły na wejście do jaskini w dniu następnym. Wychodzimy następnego dnia, w sobotę rano Śniegu jest znowu więcej, ciągle zimno ale wiatr już nie wieje tak mocno. W Tatrach jest IV stopień zagrożenia lawinowego. Jak zwykle przedeptana ścieżka kończy się na Wielkiej Polanie a my znowu musimy torować. Tym razem śniegu jest już po pas i idzie się naprawdę ciężko. Gdy pod progiem spotykamy grupę wracającą ze Śnieżnej i Oskar rzuca hasło - Chodźcie z nami na piwo do Harnasia - to wcale się nie zastanawiamy i od razu rezygnujemy z wejścia do jaskini która wydaję się wyjątkowo nieprzystępna.

W niedzielę już wiemy że nie ma sensu iść na biwak do jaskini, ponieważ zostało nam za mało czasu. Postanawiamy mimo wszystko dokończyć budowę igloo i schować resztę sprzętu w jaskini poniżej lodospadu. Wybudowanie igloo okazało się dużym i wyjątkowo pracochłonnym przedsięwzięciem inżynieryjnym. To ze względu na zbyt miękki śnieg i zbyt dużą dziurę do zatkania nad otworem. Ostatecznie po 7-miu godzinach spędzonych przy otworze udało się nam zbudować sklepienie nad wejściem do jaskini i zdeponować resztę sprzętu nad Wielką Studnią. Korytarzyk doprowadzający do tak zbudowanego schronu zatkaliśmy bryłami śniegu tak by jaskini nie zasypał ciągle padający śnieg. Ostatecznie jaskinia została tak przygotowana do dalszej eksploracji w nadchodzących tygodniach.

Następnego dnia rano, wyjechaliśmy z Zakopca do Wrocławia.

15 luty 2003, Próba dojścia do jaskini

Jak zwykle pojawiliśmy się z Norbim w Zakopcu ja o 7-ej a Norbi o 8-ej. Żeby nie tracić czasu od razu wsiadłem w autobus i pojechałem na Gronik by ruszyć pod otwór. Padający od kilku dni śnieg skutecznie zasypał wszystkie szlaki i ścieżki. Już na Wielkiej Polanie śnieg był po kolana i im dalej tym go było więcej. W lesie przed Niżna Świstówką chwilami było prawie dwa metry śniegu i dokąd iść wiedziałem obserwując czubki drzew. W końcu po pokonaniu żlebu i dojściu do Świstówki zadzwoniłem do Norberta który był kilkaset metrów za mną i zdecydowaliśmy się na odwrót. Dojście do otworu w tych warunkach zajęło by nam jeszcze ze cztery godziny, nie wspominając w ogóle o dokopaniu się do jaskini.

21-23 luty 2003, Syfon Mysi

Pojawiliśmy się w Zakopanem w piątek rano, ja o 7, a Norbert o 5 rano. Także tym razem zrezygnowaliśmy z bazy, wychodząc z założenia że na bazie to tylko stracimy motywację do szybkiego wyjścia w góry. A tak nie mając gdzie mieszkać i spać samo życie zmusi nas do szybkiej akcji jaskiniowej.

O godzinie 8 rano byliśmy już na Groniku koło leśniczego. Wykorzystując to że mieliśmy szlak przetarty poprzedniego dnia, w okolicę otworu Śnieżnej dotarliśmy po niecałych trzech godzinach. Już na oko było widać że jest bardzo dużo śniegu. Kamień nad progiem ledwie wystawał nad śnieg. Znaczyło to że przy otworze śniegu było znacznie więcej. Po zostawionych dwa tygodnie wcześniej łopatach, wbitych nad wejściem do igloo przy otworze nie było ani śladu. Zaczęliśmy kopać. Ostatecznie po przerzuceniu wielu metrów sześciennych śniegu dokopaliśmy się do otworu. Okazało się że w porównaniu z poprzednią naszą wizytą w tym miejscu spadło około 5 metrów śniegu. Taka masa śniegu była na tyle ciężka że nasze igloo zostało zgniecione, ale na szczęście wejście do jaskini nie zostało zasypane.

Do jaskini weszliśmy o 15-tej, jak zwykle przebraliśmy się pod lodospadem, nad Wielką Studnią i zabierając pozostawiony tam sprzęt na II Biwak doszliśmy o 20 wieczorem. Mając w perspektywie wyczerpującą akcję w dniu następnym, po szybkiej kolacji poszliśmy spać. Pomimo nastawienia wszystkich zegarków na budzenie o 5 rano nie udało nam się obudzić. Ostatecznie wstaliśmy o 7-mej. Po śniadaniu i przepakowaniu worów ze sprzętem nurkowym (wypadło po dwa na osobę) ruszyliśmy w dół do Syfonów Krakowskich.

W przebieralni zmieniamy odzienie, ja nurkuję w piance, Norbi w suchym. Do syfonów zabieramy w sumie sześć czwórek, kołowrotek, dodatkowe baterie i kilka innych drobiazgów. Pokonanie dwóch pierwszych syfonów nie sprawia żadnych trudności, szeroko i przyzwoita widoczność. Za syfonami przezbrajamy sprzęt, zakładając że w trzecim syfonie będę nurkował ja a Norbi pomoże mi się przygotować. Bierzemy ze sobą pas balastowy, dwie butle z automatami, kołowrotek. Pozostałe cztery pozostają na powrót. No i wtedy zaczyna się jazda. Sposób zaporęczowania pionowych szczelin doprowadzających do ostatniego syfonu pozostawia, delikatnie mówiąc, wiele do życzenia. Wiszące liny po obciążeniu wbijają delikwenta z worem w bardzo wąskie szczeliny. O ile nie mając żadnego obciążenia da się to wszystko zrobić, to mając worek ważący kilkanaście kilogramów (butla + pas balastowy), jest to prawie niemożliwe. W sumie pokonanie kilkudziesięciu metrów tej szczeliny zajęło nam kilka godzin.

Norbi jako nieco grubszy (ale tylko troszeczkę) ugrzązł tam na dobre, ja tymczasem pokonałem ostatni prożek do góry i wszedłem do syfonu mającego charakter studni o znacznej głębokości. Mając tylko jedną butlę (druga i kołowrotek zostały z Norbertem spenetrowałem tylko wstępne partie syfonu i po całkowitym zmąceniu wody wycofałem się do Norbiego. Po pozostawieniu dwóch butli i kołowrotka udaliśmy się w drogę powrotną do wstępnych syfonów. Po ich przenurkowaniu i przebraniu się, po 11 godzinach akcji, byliśmy znowu na biwaku. Mocno zmęczeni, prawie od razu zwaliliśmy się do śpiworów. Już na biwaku okazało się że walcząc z ciężkim worek w wąskich szczelinach uszkodziłem sobie prawą rękę i praktycznie jest nie do użytku (dwa dni później okazało się dostałem zapalenia pochewek ścięgnistych i Adam Domanasiewicz założył mi gips na dwa tygodnie), a ta ręka jest mi niezbędna do wyjścia z jaskini, czyli do pokonania prawie 500m pionu dzielącego II Biwak od otworu.

Jak zwykle następnego dnia zaspaliśmy i zamiast o 6 rano znowu wstaliśmy o 8 rano. Zjedliśmy resztę chleba i kiełbasy, spakowaliśmy dwa worki i o 9-tej ruszyliśmy do góry. Ręka przy każdym ruchu bolała mnie potwornie, ale z drugiej strony mój pociąg do Wrocławia odjeżdżał o 21-ej, a o 9-tej rano następnego dnia Marcin Chlebowski miał dzwonić na GOPR, gdybyśmy do tej pory nie dali znaku życia. Więc walcząc z bólem przez następne 7 godzin trzeba było wychodzić z jaskini. Na szczęście okazało się, że nie zasypało nas w jaskini i pogoda na powierzchni była wymarzona (bezwietrznie, słonecznie, lekki mrozik) i wynagrodziła nam trudy akcji jaskiniowej. 16-21 marzec 2003, Syfon Mysi

Znowu jesteśmy z Norbim w Tatrach. Pogoda jest dużo lepsza, około 10 st. C. mrozu i bezwietrznie. Jak zwykle startujemy prosto z pociągu. Bez większych problemów docieramy do miejsca gdzie powinien być otwór. Niestety znowu jest zasypany, a śniegu jest 1,5m więcej niż poprzednio. Łopaty pod kamieniem na progu też nie ma. Przekopanie kilku metrów śniegu bez pomocy narzędzi nie wchodzi w rachubę, więc i tym razem wracamy. Idziemy przenocować u Galiców. Niestety nasza kuchnia i gaz są już w jaskini. Pozostaje nam tzw. suchy prowiant, czyli piwo, chleb i kiełbasa.

Następnego dnia znowu wyruszamy pod otwór ale także bez sukcesów. Decydujemy się w końcu że poczekamy do następnego, na przyjazd ekipy z Bielska która także ma iść na biwak ale do Galerii Krokodyla. Pogoda powoli pogarsza się i zaczyna sypać śnieg.

W środę, 19-tego, wyruszamy kolejny raz niosąc wory na biwak. Już z Niżnej Świstówki widać trzy osoby nad progiem. Więc jest szansa że ktoś za nas się dokopie do otworu. Po dojściu do otworu okazuje się że chłopaki kopią nie w tym miejscu co trzeba. Szybka korekta i zaczynamy kopać już w szóstkę w nowym miejscu, tym razem właściwym. Po kilku godzinach znajdujemy otwór. Niestety jakaś grupa wchodząca w międzyczasie nie zakryła otworu i cała rura jest zaprana śniegiem.

Podsumowanie

Podczas ostatniej akcji nurkowej Wiktorowi udało się zejść w syfoniem Mysim niżej o 10m ode mnie, do głębokości -15m. Syfon dalej rozszerza się do kształtu dzwonu i pomimo świateł sięgających na kolejne 10m nie ma śladów dna, tylko czarna czeluść. Można założyć że syfon ma co najmniej 25m głebokości a można się spodziewać nawet 40m. Biorąc pod uwagę fakt, że jest to trzeci syfon, ciasności między nimi i że leży na głębokości ok.-500m jest to w tej chwili na pewno najbardziej niedostępne miejsce w polskich jaskiniach. Akcja nurkowa w tym miejscu będzie należała do najtrudniejszych. A zagadka wody w tym miejscu pozostaje nie rozwiązana.

W ten sposób, w sezonie zimowym 2002/2003 zakończyliśmy działalność nurkową w tym miejscu. W następnych miesiącach będziemy szukać obejścia tego miejsca przez Szczelinę Trolli leżącą w Galerii Krokodyla.


Śnieżna Studnia – Nurkowanie w Syfonie Drzemiącym
31. Maj 2019

Mijają właśnie 24 lata od ostatnich dużych odkryć w Syfonie Drzemiącym. Na przestrzeni lat nurkowali tu m. in. Wacław Kozieł, Wiktor Bolek, Michał Stajszczyk oraz Krzysztof Starnawski. Od wielu lat zastanawiałem się nad nurkowaniem w tym miejscu. Na podstawie dostępnych informacji wiedziałem, że aby nurkowanie tam miało sens muszę je zaplanować z dużym, jak na Tatry, rozmachem.

Turystyczna akcja w jaskini Dudnica
13. Styczeń 2015

Relacja z nurkowania w tej świetnej tatrzańskiej jaskini treningowej. Jak się okazało - także naprawdę urzekającej pod wodą..... co można zobaczyć na załączonym filmie z akcji.

Akcja eksploracyjna w Kasprowej Niżniej
13. Styczeń 2015

W dniach 9-10 I 2015r wykonaliśmy akcję eksploracyjną w Jaskini Kasprowej Niżniej. Do jaskini weszliśmyw piątek ok. godziny 8 rano, natomiast wyszliśmy w sobotę ok. 19. Dotarliśmy do Partii Końcowych i zaatakowaliśmy Komin Wyjściowy.